Dzierżoniów, Kultura, Polecamy

„Diora” – fenomen polskiej radiofonii

To spotkanie było wyjątkowe! Historia „Diory” opowiedziana przez Arnolda Kordasiewicza poruszyła pokłady pamięci. Na wykład przybyli zarówno członkowie Towarzystwa Oświatowego Ziemi Dzierżoniowskiej jak i pracownicy zakładu, a także „diorowskie dzieci”, później zastępujące rodziców na ich stanowiskach pracy. Inicjatorką wydarzenia była Zofia Mirek, która życie zawodowe związała z „Diorą”, ostatni dyrektor zakładu, obecnie prezes TOZD.

– Pan Arnold Kordasiewicz jest miłośnikiem „Diory”, bo nigdy tam nie pracował – Zofia Mirek z uśmiechem przedstawiła zebranym wykładowcę –  pracownika Muzeum Miejskiego, który o historii zakładów i produkowanym tam sprzęcie potrafi mówić tak jak nikt. A starannie przygotowana prezentacja historii „Diory” opowiadana piękną polszczyzną wcale nie była monologiem – słuchacze nie tylko żywo reagowali na poruszane tematy, ale także na bieżąco uzupełniali wypowiedź prelegenta, odwołując się do swojej wiedzy i zawodowych doświadczeń.

Nie sposób tu przytoczyć pełnej historii zakładu obrazowo przedstawionej przez Arnolda Kordasiewicza, dlatego odwołam się do faktów wzbudzających szczególne poruszenie audytorium. Rok 1945 – zdewastowany zakład na ul. Szkolnej, którego wyposażenie najpierw wywieźli Niemcy, a resztę zabrali Rosjanie, głód panujący w mieście (w jego wyniku odnotowano liczne przypadki zgonów). W taką rzeczywistość trafili Tadeusz Kieserwetter, Bohdan Bańkowski, Wilhelm Rotkiewicz. – Zastanawiali się: zostać czy uciekać? Zostali. Zbudowali „Diorę” od zera! – przedstawiał początki Arnold Kordasiewicz. Załoga liczyła 8, a rok później 130 osób. Przyszłe kadry kształciła od 1946 roku szkoła, dzisiejsza „Radiobuda”. Ważne były przydziały żywności dla pracowników: dziennie talerz gęstej zupy, a raz w tygodniu śledzie lub rąbanka. Początkowo radioodbiorniki powstawały z pozostawionych części, potocznie nazywano je „Hitlerkami”, ponieważ na obudowie tkwiło niemieckie godło. Pierwszym polskim radiem był „Pionier”, pokazany na Wystawie Ziem Odzyskanych. O jego wysokiej jakości świadczy fakt, że zachowane egzemplarze funkcjonują do dziś!  Życie rodzinne wówczas toczyło się przy radioodbiorniku, ale także radio stanowiło pożądany element wyposażenia placówek dydaktycznych – widoczni na unikatowym zdjęciu uczniowie Szkoły Podstawowej nr 3 są uradowani, że przekazano szkole radio „Symfonia” (1958 rok). Z upływem lat zmieniała się taśma montażowa, powstawały kolejne radioodbiorniki, które miały nowatorskie rozwiązania, nieznane wcześniej w Polsce: „Podhale” z zakresem fal ultrakrótkich, „Calypso” podbijające rynki światowe, „Kos” będący milowym krokiem do zmniejszenia rozmiarów odbiornika, turystyczne tranzystory (na które w latach 60. podrywało się dziewczyny – jak żartował wykładowca), samochodowe „Safari” i „Tramp” znany wszystkim kierowcom „Maluchów” (funkcjonował – w odróżnieniu od samochodów – w ekstremalnych temperaturach od – 25 do +60 stopni) , ”Meluzyna Hi-Fi” – sztandarowy produkt w bloku socjalistycznym, „Elizabeth” o zachwycającym wzornictwie, „Amator” – efekt pomysłu respondentów akcji „Radio dla każdego”; nad systemem kwadrofonicznym pracował inż. Stefan Herc, dzięki czemu powstał amplituner „Merkury”. W „Diorze” produkowano również telewizory (nawet z pilotem – choć emitowany był tylko jeden program!), istniał też Wydział „S” (specjalny) – stamtąd pochodziły generatory i radiostacje nie tylko dla polskiego wojska. Międzynarodową sławę przyniosły zakładowi tzw. wieże o nowatorskich rozwiązaniach technicznych i doskonałej jakości. Ich estetyka i trwałość zachwycają do dziś. Z ostatnim etapem istnienia „Diory” kojarzony jest odtwarzacz video na licencji „Siemensa”, nagrodzony na Targach Poznańskich. Diorowskie radia „zagrały” w wielu polskich filmach – najbardziej znana scena pochodzi z filmu „Stawka większa niż życie”, kiedy to kapitan Kloss w odcinku „Liść dębu” czeka na sygnał nadany przez radio.

Rozbudowa zakładów, nowa hala produkcyjna na ul. Świdnickiej, unowocześnianie linii produkcyjnej, ale nade wszystko usuwanie skutków groźnego pożaru, w wyniku którego w  styczniu 1964 roku spłonął wydział montażowy szczególnie poruszyły słuchaczy. Nie do uwierzenia jest dziś fakt, że w obliczu postanowienia o likwidacji zakładu po pożarze, załoga postanowiła odbudować i przygotować halę do produkcji – pracując po 12-14 godzin na dobę, wykonała postawione sobie zadanie w ciągu 19 dni! Tak było… Dziś nie ma „Diory” pozostały tylko wspomnienia. Dlaczego zakład upadł,  skoro produkowane tu radia i wieże znacznie przewyższały jakością te importowane? Nadal są sprawne, czego nie można powiedzieć o tych, którymi wzbudzały zachwyt w latach 90. Rozważano przyczyny likwidacji „Diory”, jednak, jak zauważyli uczestnicy spotkania, sprawa jest złożona. Na koniec prezentacji Arnold Kordasiewicz przedstawił zdjęcie pustej, zdewastowanej hali – obraz można porównać z tym z 1945 roku.

Teresa Rodak

30 października 2017

O autorze

natalia


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *