Aktualności, Ważne!

„Stopem” dookoła świata

W 4 lata okrążył kulę ziemską. Autostopem i jachtostopem przebył ponad 120tys. km i 15tys. mil morskich, odwiedził 40 krajów na 6 kontynentach. W swoją podróż trwającą 1381 dni, Maciej Badziak wyruszył z rodzinnych Pieszyc.

Autostop nie jest obecnie popularnym sposobem podróżowania, a tym bardziej dookoła świata. Jak się narodził pomysł na taką właśnie formę wędrówki, co Pana zainspirowało?

Maciej Badziak: Inspirację stanowiły znacznie wcześniejsze podróże. Na początku studiów razem z kolegą z Bielawy pojechałem autostopem do Francji. Potem były Bałkany, Krym, Gruzja, Iran i Irak, gdzie poznałem jeszcze jednego kolegę. Autostop uzależnia, każdy dzień jest niespodzianką. Po prostu złapałem bakcyla, chciałem jeździć coraz dalej, na coraz dłużej. W konsekwencji musiał powstać pomysł na podróż dookoła świata.

Przemierzył Pan 6 kontynentów i dwa oceany w ciągu 1381 dni. Taka wędrówka na pewno wymaga szczególnych przygotowań…

Spotkaliśmy się, aby obgadać zarys trasy i obrać kierunek. Zaplanowaliśmy podróż w kierunku zachodnim, co wiązało się z przebyciem Atlantyku – jachty przepływające przez ocean wykorzystują wiejące na zachód pasaty. Nie wyrabialiśmy wiz przed wyjazdem, na trasie korzystaliśmy z internetu, jak w przypadku wizy do Australii; najtrudniej natomiast było uzyskać wizę rosyjską i chińską, którą wyrabialiśmy w Kambodży. Ważne są także podstawowe szczepienia. I trzeba było zarobić pieniądze na wyprawę, a przynajmniej jej początek – pracowałem na strefie i odłożyłem 15tys. zł na start.

A co z bagażem? Chyba niełatwo się spakować na 4 lata?

Plecak miał ważyć 15 kg, więc każda rzecz musiała być przemyślana. Zabraliśmy potrzebny sprzęt elektroniczny, kosmetyki, kilka ubrań (letnich, bo staraliśmy się jeździć do miejsc, gdzie klimat jest ciepły, a w razie chłodu zawsze można dokupić tanią kurtkę), w wyposażeniu znalazł się także namiot, śpiwór, karimata.

Staraliście się o bezpłatne noclegi. Gdzie sypialiście poza namiotem?

W dużych miastach w opuszczonych budynkach, często uzyskiwaliśmy pozwolenie na nocleg w komisariatach lub pomieszczeniach straży, w Azji spaliśmy w monastyrach. Korzystaliśmy też z couchsurfingu pozwalającego znaleźć darmowe noclegi u lokalsów, miejsca rezerwowaliśmy na trasie, nawet tego samego dnia.

Z jakich środków transportu korzystaliście?

W Europie najczęściej z aut osobowych, na dalszych dystansach z tirów, ale też jechałem traktorem, quadem, śmieciarką, karetką pogotowia.

A oceany? Czu można w ogóle „złapać stopa” na oceanie?

Po prostu trzeba „zakotwiczyć się” w marinie i codziennie pytać ludzi, czy nie potrzebują załogi. Warto wywiesić ogłoszenia z listą rzeczy, które możemy robić np. czyszczenie, gotowanie, wachty nocne – czym więcej się oferuje, tym lepiej. Plusem jest też doświadczenie. Ogłoszenia wieszaliśmy dosłownie wszędzie, co okazało się przydatne: pewien kapitan potrzebował jednej osoby, a my byliśmy we dwójkę; długo nie chciał się zgodzić, ale gdy w ciągu dnia natknął się kilkakrotnie na nasze ogłoszenia (nawet w toalecie), zabrał nas obu. Inne sposoby to odpowiadanie na radiowe ogłoszenia w marinach lub „łapanie” jachtów przez internet (nam 2 razy udała się ta sztuka). Najważniejsze to dać znać o sobie jak największej ilości osób i dobrze się prezentować.

Wróćmy do trasy obejmującej 40 krajów. Nie sposób wymienić tu wszystkich. Które z odwiedzanych miejsc szczególnie zapadły Panu w pamięć?

Po pierwsze Birma – kraj nieskażony turystyką, długo zamknięty dla obcokrajowców. Mieszkańcy nie skupiają się na osiąganiu zysków, są gościnni, sympatyczni i uśmiechnięci. Ale te uśmiechy są najbrzydsze! Nawet nastolatki mają zniszczone zęby – wpływa na to betel, który żują tu wszyscy. Co pewien czas wypluwają czerwoną ślinę, przez co chodniki pokryte są mazią przypominającą krew. A jeżeli mówimy o drogach w Birmie, to zdarza się, że na niektórych leży asfalt, lecz chyba tylko dla ozdoby – jego pas jest węższy od szerokości rozstawu kół samochodu. W efekcie 110 km przejechaliśmy w 13 godzin.

Innym egzotycznym dla mnie miejscem jest bajecznie piękna wyspa Palmerston (Wyspy Cooka), najdalej położony punkt od Polski – gdyby globus przeciąć na połowę, to znalazłaby się dokładnie po drugiej stronie. Należy ona do najbardziej odizolowanych miejsc: statek przywożący zamówione przez mieszkańców produkty przypływa tu raz na 3 miesiące. Wyspiarze na co dzień łowią ryby, które do czasu przybycia statku przechowują w zamrażarkach (energię czerpią z paneli słonecznych). Gdy dostrzegają  jacht, podpływają do niego w swoich łódkach, zapraszają do siebie, częstują przybyszy tym, co mają, nie oczekując na zapłatę. Zostawiliśmy im polską flagę.

Przed podróżą nie mieliśmy pojęcia o istnieniu wyspy Niue (pomiędzy Wyspami Cooka a Tonga) utworzonej z wyniesionej do góry rafy. Wyglądającą jak park jurajski wyspę z pięknymi plażami, rafami i jaskiniami okrąża licząca 64 km droga. Płaci się tu „Pokemonami” – prezydent uzyskał zgodę firmy Nintendo na wybijanie monet z wizerunkiem Pokemona. Niue, podobnie jak Palmerston należy do najbardziej odizolowanych krajów. Jednak mają tu dobre piwo.

Podróż dookoła świata obfitowała zapewne w niezwykle przygody i przeżycia?

Chyba najciekawszą z nich była wizyta w Bajkonurze, mieście wybudowanym w latach 50. ubiegłego wieku pośrodku pustyni w Kazachstanie obok kosmodromu. Stąd poleciała w kosmos najpierw Łajka, a potem ludzie m.in. Gagarin i Hermaszewski. Całość ogrodzona jest murem z drutem kolczastym i patrolowana. Pozwolenie na pobyt kosztuje 700 dolarów za jeden dzień i trudno je uzyskać. Udało mi się jednak znaleźć podkop pod murem, przez który przepchnąłem plecak i sam wszedłem, potem trafiłem na drugie ogrodzenie, ale była w nim dziura… Na miejscu poznałem inżyniera – mieszkałem u niego przez kilka dni. Miasto ma charakter typowo komunistyczny, ciekawe są tylko pomniki rakiet i kosmonautów.

Przygodą mogę też nazwać całą przeprawę przez Pacyfik, bo podczas niej odwiedzałem miejsca dzikie, odizolowane, a piękne jak z pocztówki. Panamski archipelag San Blas zamieszkują Indianie Kuna. Mieszkańcy wysp nie znają pojęcia kontynentu; gdy pytali o nasz kraj, byli przekonani, że Polska jest wyspą. Na ich fladze widnieje swastyka, ale nie ma ona nic wspólnego z hitlerowskimi Niemcami, nazwa pochodzi z sanskrytu i oznacza przychodzące szczęście, a symbol jest obecny w wielu religiach i kulturach na świecie.

Wielu wrażeń dostarczyła także wyprawa do peruwiańskiej dżungli. Przez 3 dni do jej serca płynęliśmy po Amazonce zdezelowaną łodzią, transportującą kurczaki i trochę bydła. Znaleźliśmy się niedaleko kartelu narkotykowego, zobaczyliśmy ludzi z nim związanych. Nie wyglądali przyjaźnie, więc woleliśmy się wycofać. W dżungli spotkaliśmy też szamana pochodzącego z… Węgier.

Węgier, Indianie, Birmańczycy – opowiada Pan o krajach i przygodach, jednak zawsze w tych historiach pojawiają się ludzie. Wśród nich byli niezapomniani, wyjątkowi…

Na początku powiem o Jemeńczykach spotkanych w Malezji. Byli oni uchodźcami z ich kraju ogarniętego wojną. Opowiadali mi o conocnych bombardowaniach Sany ze strony Arabii Saudyjskiej. Dotąd towarzyszyła im trauma – na noc zakładali opaski na oczy, żeby (choć byli przecież tu bezpieczni) „nie widzieć” rozbłysków przy wybuchach.

Natomiast po trzęsieniu ziemi na wyspie Lombok (w Indonezji) byłem pod wrażeniem ofiarności ludzkiej. Wszyscy, którzy chcieli pomagać poszkodowanym, trafiali do hostelu przerobionego na ten czas na bazę. Można się było od nich wiele nauczyć. Ogrom pomocy robił wrażenie. Gdy przybyliśmy na wyspę nastąpiło drugie trzęsienie ziemi. Włączyliśmy się do pomocy: daliśmy ogłoszenie przez Internet, dzięki czemu zebraliśmy sporo pieniędzy na zakup produktów pierwszej potrzeby. Zawoziliśmy je do odległych wiosek, gdzie nie docierała pomoc rządowa. Dostarczaliśmy tam również zbiorniki na wodę.

Nie zapomnę Malezyjczyka, który gdy dowiedział się, że ma raka, zaczął… cieszyć się życiem. Założył grupę chorych, aby pokazać im jak żyć dobrze. Dużo podróżował autostopem, a raz nawet złapał „lotostopa”!

A mieszkańcy Wenezueli w sylwestra odliczają czas za pomocą winogron. Każdy musi zjeść ich 12 podczas bicia zegara, zanim nastąpi godzina zero, bo to przynosi pomyślność, szczęście i bogactwo w następnym roku.

No właśnie. Wenezuelczycy jedzą winogrona, są jednak dania bardziej dla nas egzotyczne. Jakich Pan spróbował? I czego Pan nie jadł?

Jadłem: smażone mrówki w Kolumbii (smakują jak ziarna słonecznika z łupinką), smażoną żabę i szarańczę w Birmie, w Kambodży lokalny przysmak – smażonego pająka w całości, soczyste robaki z grilla w Peru. A w Australii mięsny mix, w tym mięso kangura, emu, wielbłąda i najsmaczniejsze – krokodyla (delikatny smak pomiędzy rybą a kurczakiem). Nie jadłem ludzkiego mięsa [śmiech], a tak na poważnie: w Ekwadorze nie udało mi się znaleźć pieczonej świnki morskiej, nie jadłem też psa w Wietnamie, ani zupy z małpy gotowanej na jej mózgu.

Rozmawiamy o ciekawostkach i przyjemnych chwilach, ale w tak długiej podróży problemy bywają nieuniknione.

Najtrudniejsza sytuacja, mogąca zaważyć na całej naszej dalszej podróży, miała miejsce na początku naszego pobytu w Ameryce Południowej. Zatrzymaliśmy samochód z cygańską rodziną, plecaki włożyliśmy do bagażnika. Po przejechaniu 70 km kierowca kazał nam wysiąść, powiedział, że nie ma kluczy do bagażnika i zjechał z autostrady. W plecakach zostały dokumenty, kamera i inny sprzęt. Uratowała nas miejscowa policja, z którą porozumiewaliśmy się za pomocą translatora, i kamery w bramkach na drodze. Po dwóch godzinach udało się zlokalizować samochód, policjanci zrobili obławę, a nam udało się odzyskać wszystko oprócz czapeczki i… używanej szczoteczki do zębów. Przenocowaliśmy w komisariacie, policjantki poczęstowały nas pizzą i herbatą mate. Sprawcy następnego dnia stanęli przed sądem. Mieliśmy szczęście, bo podobno tego rodzaju sprawy dobrze się kończą tylko w 1%.

Mniej szczęścia miałem w Birmie. Czułem się bardzo źle, chodzenie sprawiało mi trudności, okazało się, że mam 40 stopni gorączki. Zachorowałem na dengę i konieczne było kosztowne leczenie w szpitalu, a wówczas w Polsce nie istniała możliwość ubezpieczenia się od takich przypadków. Negocjowaliśmy cenę i w rezultacie zapłaciłem równowartość tysiąca złotych. W szpitalu leżałem przez tydzień, spędziłem tam też Boże Narodzenie, a przyjaciele zadbali o 12 potraw, które oczywiście nie przypominały tych naszych wigilijnych. Atmosfera była bardzo miła, a po siedmiu dniach wyszedłem ze szpitala bez powikłań.

Mnóstwo problemów mieliśmy z pokonaniem niewielkiego odcinka morskiego z Indonezji na kontynent azjatycki (do Malezji lub Singapuru). Wszystkie kłopoty zaczęły się na Jawie, potem przejechaliśmy 2 tys. km, musieliśmy przedłużać wizy, a nawet trafiliśmy do ministerstwa transportu i choć przedstawiliśmy się jako przedstawiciele firmy i inżynierowie (to ostatnie było prawdą), opowiadaliśmy o naszej dotychczasowej podróży, minister nie wyraził zgody na darmowy przejazd promem. W końcu dotarliśmy do małego miasteczka na Sumatrze, skąd odpływał prom do Malezji. Początkowo postanowiono zabrać tylko jednego z nas, a wtedy mój kolega powiedział, że on w takim razie popłynie wpław. Zabrali nas obu. Prom płynął 2 godz., a my poświęciliśmy na wydostanie się z Indonezji prawie 3 tygodnie.

Skoro mówimy o sprawach niezbyt przyjemnych, nasuwa się pytanie o kraj, którego Pan raczej nie polubił.

To Boliwia. Są tu wspaniale krajobrazy: góry, jeziora, dżungla, natomiast największy minus stanowią ludzie. Cały kontynent ma negatywną opinię o Boliwijczykach, kiedyś walczących, obecnie skłóconych z sąsiednimi krajami, mającymi pretensje do Peru i Chile o zabranie im dostępu do oceanu. Mieszkańcy Boliwii nie znoszą obcokrajowców, turystów traktują w kategorii worków z pieniędzmi. Trudno „złapać stopa”, z powodu panującej biedy 9 na 10 samochodów to taksówki. Krajobrazy szpecą niewykończone domy, bo prawo stanowi, że dokąd są w budowie nie płaci się podatku. Jednak przede wszystkim negatywne podejście do turystów zabiera radość przebywania w tym kraju.

Wszyscy mnie jednak pytają o ulubione miejsce…

Więc ja też zapytam: gdzie czuł się Pan najlepiej?

W Kolumbii. Nie chciałem stamtąd wyjeżdżać i najchętniej bym tam wrócił. Jest to dla mnie pierwszy wybór miejsca do życia poza Polską  – tu czuje się radość na ulicach, wspaniałe są krajobrazy, muzyka, jedzenie i ludzie. Wcale nie bywa tak niebezpiecznie, jak przedstawiają to media, trzeba po prostu mieć łeb na karku. W Kolumbii spędziłem 3 miesiące, stanowczo za mało.

Wrócił Pan do domu w połowie czerwca. Ale chyba duch przygody Pana nie opuścił?

Muszę przede wszystkim odpocząć. Planuję też prowadzenie prelekcji i spotkania, także w dzierżoniowskim Klubie Podróżnika. Z początkiem 2020 roku wybieram się na rok do Australii, żeby jeszcze zakosztować wolności i zarobić trochę pieniędzy. A później…

Została jeszcze Antarktyda.

Kapitan, Rosjanin, z którym przez 6 miesięcy płynąłem przez Pacyfik z Panamy do Nowej Zelandii (potem spotkaliśmy się jeszcze na Bali i w Moskwie) zaproponował mi za dwa lata rejs na Antarktydę, a potem znów na Pacyfik.

Życzę więc szerokiej drogi – ale tak mówi się autostopowiczom, a jachtostopowiczom?

Z Maciejem Badziakiem rozmawiała Teresa Rodak

5 sierpnia 2019

O autorze

natalia


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *